Małe jest piękne

Date July 4, 2008

Z zainteresowaniem obserwuję ostatnio zmiany jakie zachodzą w moich gustach literackich, a dokładniej w objętości czytanych przeze mnie tekstów. Przyglądając się lekturom, po które sięgam teraz oraz tym, które dawniej wzbudzały moje zainteresowanie, zauważam postępujący spadek ilości stron przypadających na dany utwór literacki. Nie mam tu wcale na myśli, że czytam coraz mniej; po prostu czytając coraz to krótsze książki czytam ich więcej, choć średnia ilość “spożywanego” dziennie tekstu pozostaje w zasadzie niezmieniona.

Dawno dawno temu (acz niekoniecznie w odległej galaktyce) najfajniejsze były dla mnie cykle. Przez tę, wydaje mi się, że początkową fazę rozwoju literackiego przechodzi  chyba każdy miłośnik fantastyki, acz smutne jest, że sporo osób na tej fazie swój rozwój kończy. Tak czy inaczej pochłaniałem z niemałą przyjemnością wszelkiego rodzaju trylogie, tetralogie i bardziej obszerne wieloksiągi będąc całkowicie kontent z faktu, że wciąż czytam właściwie o tym samym. Ba, ta powtarzalność była i jest największą zaletą cykli literackich. W tym bowiem cała frajda, że wracamy po raz kolejny do swojskiego świata, spotykamy znów bliskie nam postaci, zanurzamy się w ulubiony przez nas klimat opowieści. Myślę, że większość ludzi wybiera cykle właśnie ze względu na tą gwarantowaną zawartość (podobny mechanizm działa u miłośników seriali). Wiem za co płacę, a skoro coś jest dobre, to po co to zmieniać, ryzykując zakup czegoś niesprawdzonego? Dylemat w rodzaju tego, czy iść na piwo z grupą starych przyjaciół, czy wybrać się na randkę z tajemniczą nieznajomą spotkaną wczoraj wieczorem. Cóż, znajdą się na pewno zwolennicy obu opcji.

Cykle maję też oczywiście istotną wadę, a mianowicie po pewnym czasie stają się wtórne i zwyczajnie nudzą.  Nic więc dziwnego, że z biegiem lat coraz bardziej ciągnęło mnie do tajemniczych nieznajomych. Po wielotomowe opowieści sięgam dziś już nad wyraz rzadko (trylogia husycka, potter - ten raczej z obowiązku, oraz oczywiście Pratchett) przedkładając rozmaitość bohaterów, światów i pomysłów nad jednostajne przywiązanie do danej serii. Dużo lepiej się czuję mogąc przebierać w tytułach, gatunkach, autorach i klimatach. Pozwala to zachować świeże spojrzenie i wbrew pozorom rozbudza wcale nie mniejszy apetyt na kolejne książki.

Co ciekawe, owa redukcja objętości w dalszym ciągu postępuje. Od paru ostatnich miesięcy powieści zaczynają ustępować pierwszeństwa opowiadaniom. Regularnie kupuję “Nową fantastykę”, choć do tej pory nabywałem ją wybiórczo, sugerując się nazwiskami autorów prezentowanych w danym numerze, zaś z półek w księgarni coraz częściej ściągam antologie opowiadań. Spoglądam na to wszystko z niemałym zdumieniem, bo do tej pory nie należałem do zwolenników krótkiej formy. Bo jak można na tych kilkunastu czy kilkudziesięciu stronach zarysować świat, opowiedzieć historię, o uformowaniu więzi z bohaterami nawet nie wspominając. Przekonuje się jednak, że po pierwsze można, a po drugie świat czy bohater wcale nie są tu tacy ważni. W opowiadaniu można zachwycić się pomysłem, zamyślić nad problemem czy uczuciem, o co w powieściach dużo trudniej ze względu na zdecydowanie bardziej skomasowaną ilość treści. Opowiadania są pod tym względem przeżywane dużo intensywniej.

Zastanawiam się też jak się ta tendencja do skracania formy dalej rozwinie. Czy za kilkanaście lat będe czytać wyłacznie tomiki poezji, by w końcu na starość stać się miłośnikiem haiku?

PS. Gdyby kogoś interesowały ciekawe zbiory opowiadań wydane w ostatnim czasie to serdecznie polecam “W kraju niewiernych” Jacka Dukaja,  “Księgę jesiennych demonów” Jarosława Grzędowicza i “Historię twojego życia” Teda Chianga.

PPS. Pozdrowienia dla A. - miłośniczki Goodkinda :-)

Leave a Reply

XHTML: You can use these tags: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <code> <em> <i> <strike> <strong>